Historia Mikolaja
Wolontariusze i przyjaciele Mikolaja
Sponsorzy i darczyncy Mikolaja
Sukcesy male, srednie i wielkie...
Prace plastyczne Mikolaja
Cos dla rodzicow chorych dzieci

Jeden dzien z zycia Mikolaja

Dopisz sie do Ksiegi Gosci

Wyslij do nas e-mail

Blog, nie blog...

Jak możesz pomóc

English

 

Miał przyjść na świat jak miliony innych dzieci. Cieszyliśmy się z tego, że Natalia będzie miała z kim się bawić, kim się opiekować. Snuliśmy plany dotyczące jego i naszej przyszłości. Wybraliśmy imię, trochę carskie, nietypowe w naszej rodzinie. Powinien zobaczyć ten świat pod koniec sierpnia 1995 roku. 
Był czerwiec roku 1995. Ela zaczęła źle się czuć. Było ciepło i przyjemnie. Pojechaliśmy do naszego lekarza by upewnić się czy wszystko jest w porządku. Nic nie budziło jego niepokoju. Ten niepokój jednak nie opuszczał Eli. Zdecydowaliśmy się skonsultować jeszcze z innym lekarzem-wówczas ważnym i mądrym człowiekiem w sieradzkim szpitalu. Jakie ogromne było nasze zdziwienie gdy natychmiast skierował Elę na kompleksowe badania do szpitala.
To był początek. Okazało się, że wcale nie jest dobrze, jest wręcz krytycznie źle. Pamiętam, że po trzech dniach pobytu w sieradzkim szpitalu zdecydowano przewieźć Elę do Matki Polki w Łodzi gdyż obawiano się, że miejscowy szpital może nie mieć wystarczająco dobrej aparatury by utrzymać przy życiu obu pacjentów. To była naprawdę profesjonalna decyzja.
Tak więc już w sobotę 28 lipca moja kochana Ela była pod troskliwą opieką łódzkich specjalistów. Nie sądziłem, że najgorsze dopiero się zacznie.
Następnego dnia, a była to niedziela, przyjechałem do szpitala zobaczyć moją ukochaną i jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, że jestem już tatą. W normalnych warunkach wszyscy skaczą do sufitu z radości. Ja nie miałem na to ochoty. Oboje wiedzieliśmy, że stało się coś złego. Pobiegłem zatem na oddział noworodków zapytać co się dzieje. Nasz synek, Mikołaj był w krytycznym stanie, lekarz dyżurny stwierdził, że chłopiec ma 20% szans na przeżycie. Nie oddycha samodzielnie a wszelkie jego czynności życiowe są utrzymywane sztucznie. Pozostało nam czekać cierpliwie i mieć nadzieję.
Ela wracała do zdrowia. Ja codziennie jeździłem do Łodzi i patrzyłem na inkubator, w którym maleńkie ciałko oplątane różnymi rurkami, wężykami i kabelkami walczyło o przetrwanie. Szala wahała się i kilkakrotnie zdawało się, że Stwórca zabierze Mikołaja do siebie. Zdecydował jednak inaczej. Po trzech miesiącach zabraliśmy Mikołaja do domu.


Dziś Mikołaj jest już dużym chłopakiem lecz nie jest chłopcem takim jak inni. Stwierdzono u niego dziecięce porażenie mózgowe, które opóźniło jego rozwój w bardzo znacznym stopniu. Daje nam jednak bardzo wiele radości ponieważ jest słodziutkim chłopcem, bardzo pogodnym, radosnym i wdzięcznym. Walczymy o niego. Marzy nam się, że kiedyś usiądzie... coś nam powie albo da znak, że wie... a może będzie sprawniejszy...
Walczymy o niego wszyscy: my-rodzice, dziadkowie, rehabilitanci, wolontariusze. Zwłaszcza ci ostatni przez lata wspierali nas każdego dnia.
Przerobiliśmy dwa pokoje na sale terapeutyczne dla Mikołaja i tam poświęcamy mu całe godziny, dnie, tygodnie i już lata... i ciągle wierzymy....


Lecz czas biegnie a sił zaczyna ubywać, tych fizycznych, tych psychicznych. Wolontariuszy coraz mniej... Powoli zostajemy sami... Ale tli się w nas nadzieja... Cudu już nie oczekujemy... Dziś chyba potrzeba nam drugiego człowieka, który posiedzi i wysłucha....
      
Nie poradzilibyśmy sobie bez pieniędzy, które przesyłają na konto Mikołaja sponsorzy. Dzięki nim jest nam łatwiej.
Nie poradzilibyśmy sobie bez naszych wytrwałych wolontariuszy. Dziękujemy im z całego serca, to co robią jest w dzisiejszych czasach dla wielu zupełnie niezrozumiałe. Jak to możliwe, że ktoś zupełnie obcy przychodzi do domu aby pomóc małemu dziecku?! I to zupełnie bez pieniędzy?! To naprawdę wyjątkowi ludzie. Mieszkają w Zduńskiej Woli, Łasku, Karsznicach, Ochraniewie, Zapolicach i pomagają nam każdego dnia. Dziękujemy.
 

29 września 2017 roku zakończyła się krótka historia Mikołaja.
Trwała 22 lata i 2 miesiące.

I tak oto z Mikołajem było

Śmierć czasami przychodzi cicho. Niezapowiedziana, nieproszona. Nigdy nie ma na nią odpowiedniej chwili, jest zawsze gościem nie na czas…
Mikołaj odszedł cicho – serce stanęło w pół drogi, w pół walki, w pół nadziei…



W IMIENIU MIKOŁAJA GORĄCO DZIĘKUJEMY OFIARODAWCOM, KTÓRZY WSPOMAGALI NAS FINANSOWO


Z CAŁEGO SERCA DZIĘKUJEMY TAKŻE NASZYM WSPANIAŁYM WOLONTARIUSZOM - OCHOTNIKOM


DZIĘKUJEMY RÓWNIEŻ REDAKCJI TYGODNIKA "7 DNI" ORAZ "DZIENNIKA ŁÓDZKIEGO - WIADOMOŚCI DNIA" ZA WSPARCIE W POSZUKIWANIU LUDZI OTWARTYCH NA POTRZEBY NASZEGO DZIECKA.


Artykuły prasowe: